Wpisy z tagiem: kraków
środa, 08 czerwca 2011
Jak wiecie jakiś czas temu, spędziłam w Krakowie prawie tydzień. Na zupełnym luzie, bez dzieci, sama, bo Pan Mąż prawie cały czas spędzał w pracy. I tego mi było trzeba. Już tak dawno nie byłam na urlopie, w czasie którego robiłam to co chcę, bez ogladania się na innych. Wstawałam kiedy chciałam, nie musiałam robić śniadania, jeżeli miałam ochotę to szłam na miasto a jak chciałam poogladać film - włączałam laptopa:) Jak byłam w szkole podstawowej, a później średniej Kraków jawił mi się zupełnie tajemniczym i magicznym miejscem. Starówka, Sukiennice, Koścół Mariacki czy Wawel były obowiązkowymi punktami do zwiedzenia. I tak za każdym razem. Niezależnie czy była to wycieczka klasowa czy wypad z koleżankami zawsze zahaczaliśmy o te właśnie miejsca. Na studia wyjechałam do Wrocławia i od tego czasu Kraków stracił na wartości. We Wrocławiu zakochałam się od pierwszych chwil i prawdę mówiąc, mimo mojego wielkiego szacunku i zachwytu nad zabytkami naszej dawnej stolicy - Wrocław jest "moim miastem" w Polsce. Tam wracam jak do domu, znam prawie każdy kąt, wiem do jakiej knajpki pójść, jakim tramwajem dojechać do celu, gdzie iść na zakupy. W Krakowie czuję się trochę obco. Ten wolny, podarowany przez przypadek czas w Krakowie postanowiłam spędzić zupełnie innaczej niż przed laty. Nie miałam zamiaru po raz któryś tam podziwiać Kościoła Mariackiego, nie mówiąc o Wawelu, który prawdę powiedziawszy nie robi na mnie aż takiego wrażenia jak powinien (przynajmniej patrząc na to jak drogie są bilety). Chciałam poczuć atmosferę miasta, powłóczyć się po wąskich uliczkach przy Rynku, odwiedzić w końcu Kazimierz. Wiem - miejsce obecnie bardzo modne i troszeczkę przereklamowane ale nigdy wcześniej nie udało mi się tam trafić. Po prostu brakowało czasu. I to co lubię najbardziej, usiąść gdzieś w cieniu na Rynku i poobserwować ludzi. Przed wyjazdem planowaliśmy, że będziemy się ukulturalniać, jakieś teatry, opera i te sprawy ale jak przyszło co do czego, to stwiedziłam, że jednak życie na wsi nie wpływa na mnie dobrze i prawdę mówiąc wolę posiedzieć w knajpce niż nudzić się na spektaklu a potem opowiadać wszem i wobec jaka jestem uduchowiona. We Wrocku wiedziałam, że jak pójdę na "Mayday" , "Okno na parlament" czy "Wszystko w rodzinie" na Świdnickiej to wyjdę płacząc ze śmiechu. Tu niestety nie byłam pewna na co trafię i wolałam sobie odpuścić. Tak więc pozostało mi plątanie się po uliczkach Kazimierza, zagladanie do synagog i odwiedzanie nigdy wcześniej nie branych pod uwagę muzeów, jak np. Muzeum Inżynierii Miejskiej!!! czy Fabryki Schindlera. I powiem Wam, że były to najlepsze muzea jakie ostatnio zwiedziłam:)
Czasami takie cuda (Kościół Św. Józefa na Podgórzu) znajdujemy zupełnie przypadkiem.
Zdjęce jak z jakiegoś małego, żydowskiego miasteczka (Podgórze)
To już typowy Kazimierz.
Ten model znalazłam w Muzeum Inżynierii Miejskiej. Piękny!!!!
A teraz przenosimy się do słonecznej Italii
Niestety zdjęcia kiepskiej jakości, robione komórką, ponieważ mój aparat został w styczniu skradziony podczas włamania, a nasza władza oczywiście nie była w stanie nic zrobić, mimo iż właśnie mój aparat i obiektywy zostały wystawione do sprzedaży na allegro:( Cóż - czasami tak bywa i pozostaje tylko mała komórka (w policji też) |
Archiwum
Zakładki:
Blogi, które czytam
Kontakt
Tagi
|