Wpisy z tagiem: wnętrza
sobota, 10 marca 2012
Czasami wchodzę na różne blogi i podziwiam Wasze piękne wnętrza. Mam to szczęście, że mam swój własny "kawałek podłogi", na wsi, z dużym ogrodem nad którym (mimo tego, że to uwielbiam), nie jestem w stanie zapanować. Sama wychowałam się w domu i przyznaję, że nigdy nie myślałam o mieszkaniu w bloku. Chociaż i to przerobiliśmy. Po prostu moim celem był dom. Niezależnie jaki, mały, starszy,duży, nowy - po prostu dom. I jakoś tak się wszystko toczyło, że moje marzenie zostało zrealizowane. To nie jest tak , że nam to z nieba spadło. Było sporo wyrzeczeń, cała kasa szła na budowę, a wcale się nie przelewało. Czasami było mi przykro, kiedy wciąż słuchałam jak to moje koleżanki z pracy "zaliczają" knajpy, kina, łażą na ciuchy. A my konsekwentnie - grosz do grosza, z pomocą rodziców, jakoś dopięliśmy swego. Mieszkamy już jakiś czas ale jeszcze wciąż jest wiele do zrobienia, do poprawienia. Ale spokojnie:) Bardzo podoba mi się styl skandynawski, tak modny ostatnimi czasy, albo typowy vintage ale te style niestety nie pasują do mojego domu i trzech facetów. Tutaj bardziej sprawdzi się styl: sielski-anielski i taki trochę misz-masz, który zresztą bardzo lubię. Dopiero niedawno wzięliśmy się za pokój mniejszego (w tym roku skończy 6 lat). Część mebli do domu "odziedziczyliśmy". Tak też było z mebelkami dla mniejszego. Miały być tylko na chwilę ale zostały aż do teraz. Trzeba było jakoś całość dopasować, oczywiście brać pod uwagę zainteresowania (AUTA !!!) i zdanie mniejszego i wykombinować tak, żeby pokój wyglądał na królestwo młodego mężczyzny:) Kupiliśmy tapetę, farby i do dzieła. Miało być kolorowo, kolory przewodnie: niebieski (ze względu na tapetę w autka), czarny (ze względu na odziedziczone meble: tapczan i biurko) i czerwony (bo jakoś mi pasował do czarnego). A to efekty: Poduszki zamówiliśmy w sklepie meblowym. Nie były tanie ale sama bym takich nie uszyła. Narzutę znalazłam ostatnio w Home & You na wyprzedaży. Właśnie o takiej myślałam, że będzie najbardziej pasować. I proszę: mówisz- masz:) Mały stolik z IKEI - oczywiście przeceniony ale w sam raz dla młodego. Krzesełko z autkami i dywanik - Castorama Wnękę zabudowaliśmy dużo wcześniej. Jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy jakie meble będą w pokoiku i dlatego kolorystycznie trochę się "gryzie". Chociaż najważniejsze jest to, że miejsce jest wykorzystane a mały ma dużo półek na ciuchy. Dużą naklejkę z ZigZakiem znalazłam w centrum chińskim. Nie trawię tego sklepu ale widać czasami i tam można coś znaleźć. Kosztowała 10 zł, tak więc nie namyślałam się długo, zwłaszcza, że wcześniej sprawdziłam ceny tego typu naklejek na allegro i trochę mnie cofnęło. Półeczka, jak już wiele z Was się domyśla - IKEA To ulubione miejsce mniejszego. Wystarczy odsunąć stolik (bardzo lekki), krzesełko i pudła z autkami idą w ruch. Potrafi tak siedzieć na tym dywaniku i bawić się nawet przez kilka godzin. Dziecka nie ma:) Jakiś czas temu moja siostra wygrała bilety na Boba Budowniczego. Taka duża impreza, która miała na celu ucieszyć dzieciaki i oskubać z kasy rodziców. I między innymi można było kupić takie "coś " z cienkiej gąbki umocowane na patyku (taki płaski Balonik:)). Potem to "coś" nie mogło znaleźć miejsca w pokoju mniejszego aż usunęłam patyki, i przykleiłam taśmą dwustronną do ściany. I teraz jest taka nietypowa ozdoba, która dość fajnie wygląda. Ponieważ moje ukochane dzieci mają bardzo dużo zabawek (albo ich pozostałości, których broń boże nie można wyrzucić), mają też dużo pudeł na te szpargały. A ponieważ wszystkie pudełka kolorowe, z nalepkami, a zwłaszcza z autami są bardzo, ale to bardzo drogie, a pudełka przeźroczyste niezbyt ładne, zrobiliśmy mały myk i okleiliśmy pudła resztkami tapety. Nie tylko pudełka zyskały na "urodzie" ale współgrają z wytapetowaną ścianą. Proste i tanie. Na szczęście mniejszemu pokój się podoba i nie zgłaszał na razie reklamacji. Mam nadzieję, że osiągnęłam pożądany efekt: pokój dla chłopaka, jeszcze małego ale już nie malutkiego, uwielbiającego auta i wszystko z tym związane w kolorystyce nie do końca szczęśliwej (jeżeli chodzi o dzieci). Kolorowy, pełen słońca i pozytywnej energii. I to niewielkim kosztem:)
sobota, 05 marca 2011
Dzisiaj pierwszy raz odwiedziłam typową giełdę staroci. Bywałam wcześniej na Niskich Łąkach i na Świebodzkim we Wrocławiu, czasami zahaczałam o jakiś komis ale to były tylko namiastki tego co zobaczyłm dzisiejszego dnia. Mimo słoneczka mrozik trochę dokuczał, a że byliśmy z dzieciakami mieliśmy troszeczkę ograniczoną swobodę. Ale i tak poogladaliśmy, popodziwialiśmy i udało się co nieco (malutko, bo kasy mało) upolować. Szukałam półeczki do kuchni, ewentualnie jakiejś witrynki ale ceny mnie odtraszyły- półeczka (do całkowitego odremontowania - 90 zł, mała witrynka - też do remontu- 150-200 zł) Oczywiście, jak zwykle mi podobały się rzeczy bardzo drogie (co się okazywało później jak już się na coś "napaliłam") np. piękna waza (która idealnie nadawałaby się na donicę) - bagatela 1500 zł, młynki do pieprzu - od 50-150 zł, przepiękna waga kuchenna - 200 zł, misa porcelanowa - 90 zł. Na to nie byłam przygotowana. Liczyłam, że uda się coś fajnego znaleźć w miarę po pieniądzach. I niestety miałam wrażenie , że część sprzedających jest po prostu nieuczciwa. Zaznaczam - część, co niestety poparte jest zasłyszaną przez przypadek rozmową. Ale na szczęście większość typowych pasjonatów była bardzo w porządku, można było się targować i zwyczajnie pogadać:)
Niestety tego nie kupiłam: Ale za to TO jest już moje:)
Jeszcze muszę je porządnie wyczyścić. Mam nadzieję, że moja kolekcja będzie się powiększać. A takie coś (po prawdzie nie wiem po co, ale chyba po prostu nie jestem facetem) kupił sobie Pan Mąż: Chyba odezwał się w nim patriota:)
sobota, 26 lutego 2011
Dzisiaj miałam dzień dla siebie. Dzieci u dziadków, mąż w delegacji, tylko ja i maszyna do szycia. Już jakiś czas temu postanowiłam, że uszyję sobie zasłonki do kuchni. Miały być takie "sielskie-anielskie". Podpatrywałam na blogach, szukałam w google, a w głowie rodził się projekt. Aż się urodził. I to jak zwykle przez przypadek. Ostatnio kupiłam trochę lnu na woreczki na lawendę. Jednak uszyłam z niego woreczek na chleb i tak mi się spodobało połączenie len-koronka, że wczoraj znowu zawiatłam do domu towarowego (tak, coś takiego dalej u nas w miasteczku istnieje i żeby było ciekawiej wygląda dokładnie tak samo jak w czasach PRL-u. Nawet zapach jest ten sam:)) i kupiłam 5 m . A dzisiaj od rana szyłam. Krawcowa ze mnie żadna, coś tam próbuję i cały czas się uczę, więc szycie szło wolno, a nawet bardzo wolno. W międzyczasie wyskoczyłam do sklepu po zazdrostki i porcję nowych plotek. Wciąz mnie to zadziwia, że na wsi wszyscy wszystko wiedzą. Można być zupełnie z boku a i tak plotki do ciebie w taki czy inny sposób dotrą. Ale fajne jest to, że kiedy idę do apteki i np. zapomiałam kasy albo zepsuł się terminal, pani daje mi lekarstwa na krechę (oczywiście zawsze donoszę pieniądze) albo dzisiaj kiedy nie bardzo wiedziałam czy wybrane zazdrostki będą pasować do całokształtu to kobitka dała mi je żebym sprawdziła i jak będzie grało to mam przynieść pieniążki w poniedziałek a jak nie to oddać firanki. Miłe, prawda? Kiedy uszyłm pierwszą zasłonkę - z uśmiechem na twarzy stwierdziłam, że to właśnie TO. O TO mi właśnie chodziło i muszę przyzać nieskromnie, że jestem z siebie bardzo zadowolona. A to efekt mojej pracy: I trochę szczegółów: Spodobały mi się wianuszki z mchu. Szukałam po kwiaciarniach ale nigdzie nie było. Więc kupiłam trochę zasuszonego mchu i sama sobie taki zrobiłam. Najpierw uplotłam wianek z pędów winobluszczu a potem obłożyłam mchem:
No i zaczęłam zaklinać wiosnę, żeby już w końcu przyszła.
sobota, 05 lutego 2011
Moja siostra jest na tyle kochana i taktowna, że wciąż zachwyca się tym co robię. Dlatego jest głównym "odbiorcą" moich wypocin. Ja jestem zadowolona, że komuś się podobają a ona ma rzeczy jakby nie patrzeć oryginalne i może od czasu do czasu wybrzydzać, żądać poprawek i podsuwać nowe,czasami dziwne pomysły. Tak było z prezentem pod choinkę. Siostrunia, chcąc zapewne zaoszczędzić mi głowienia się i szukania co też można kupić, pewnego miłego dnia oświadczyła: Wiesz, możesz mi zrobić coś z decu. Co jeszcze nie wiem, ale coś... Następnego dnia poszłyśmy na bazar. Oczywiście musiałyśm zahaczyć o starocie. I tam go zobaczyła... Narpierw nieśmiało zapytała czy się nada a potem rzuciła się do targowania. Pan chcąc się pozbyć rupiecia, sprzedał to cudo za 10 zł i dodał: Miałem drugi ale przed chwilą pani kupiła na żłobek do stajenki. Rzeczywiście na żłobek jak znalazł:)
Ja musiałam coś z tym "żłobkiem" zrobić. Nie chciałam malować go na biało, nie pasowały mi tutaj kwiatki, motylki i inne takie. Zwłaszcza, że motywem przewodnim miał być Nowy York. No i zonk! Skąd zabrać papier z motywem NY??? Przeszukałam cały internet i nic, żadnej serwetki, żadnego papieru, nic. Trzeba było improwizować. Znalazłam zdjęcia NY, wydrukowałam na drukarce, na cienkim papierze kredowym i modliłam się żeby kolor nie spłynął (drukowałam na atramentówce). Bardzo zależało mi zeby nie zmienić charakteru mebelka, tzn. żeby wyglądał na stary, tylko trochę "odkurzony" Wyszło coś takiego:
Mam nadzieję, że sprostałam zadaniu. Na razie reklamacji nie było:)
|
Archiwum
Zakładki:
Blogi, które czytam
Kontakt
Tagi
|