Wpisy z tagiem: książki

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Ostatnio się nie pokazuję. A to za sprawą intensywnego odchudzania, które w moim wykonaniu polega nie na diecie ale na ćwiczeniach. I tak po długim dniu (praca, dzieci, ogród) muszę znaleźć jeszcze czas na steper i krótkie ćwiczenia. Efektów na razie nie widać, ale co tam, poczekamy - zobaczymy. Chociaż mój mąż strzelił mi ostatnio niezły komplement, mówiąc, że już prawie wcale nie mam tyłka:):):) Czym mnie niezmiernie ucieszył, nawet jeżeli kłamał:)

A jak już poćwiczę to czeka mnie relaks w wannie z dobrą książką (mam nadzieję, że nie przeczytają tego osoby, które mi książki pożyczają, chociaż jeszcze nie zdażyło mi się, żeby książka wykąpała się razem za mną).

Ostatnio mam szczęście trafiać na DOBRE, podkreślam DOBRE książki. Wiem - rzecz gustu, ale dwie ostatnio przeczytane bardzo mi się podobały. A jak już zapewne wiecie, jak coś mi się podoba to mówię o tym głośno.

A mowa o:

 

Książki przepełnione ciepłem rodzinnym, miłością do małego miasteczka  Gutowo, książki gdzie teraźniejszość splata się z przeszłością, opisaną w tak wciągający i ciekawy sposób, że szkoda tylko, że historia w szkole nie była tak przedstawiana. Książki o losach dwóch rodów Zajezierskich i Cieślaków, po przeczytaniu których mamy ochotę dowiedzieć się czegoś więcej o naszych rodzinach. A wszystko przyprawione smakami z cukierni Pod Amorem.

POLECAM!!!

W październiku ma się ukazać trzeci tom - Hryciowie. I już się nie mogę doczekać. 

A dzisiaj znalazłam jeszcze to:http://www.cukierniapodamorem.pl/

Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję, że do mnie zaglądacie.

Obiecuję, że nadrobię zaległości i jak tylko będę w stanie to odwiedzę Was na Waszych blogach:)

21:21, semprelaprimavera , inne
Link Komentarze (4) »
niedziela, 05 czerwca 2011

Właśnie czytam;

Czyta się dobrze, tytuł chwytliwy,jednak jeżeli myślicie, że właśnie w tej książce znajdziecie gotowy przepis jak być szczęśliwym to możecie się rozczarować. Autorka wprowadza w życie projekt, który ma spowodować iż będzie bardziej szczęśliwa. Zamierza pracować nad ważnymi w jej życiu elementami, takimi jak zdrowie, miłość, kariera, rodzicielstwo, czas wolny, przyjaźń, duchowość, i inne. Przemyślenia podpiera licznymi cytatami i pracami znanych psychologów i naukowców

Wszystko fajnie - tylko po pierwsze realia polskie a amerykańskie (zwłaszcz NY)  mają się nijak do siebie i to co dla pani Gretchen jest normą dla wielu z nas jest czymś zupełnie obcym. Pomijam fakt, że autorka jest tylko i jedynie (albo aż) pisarką, nie ma innej pracy, a godziny spędzone przed komputerem może sobie dowolnie korygować. Więc ma czas, którego wielu z nas najczęściej brakuje. Jakoś jej dzieci są bardzo grzeczne i mało wymagające, a mąż - prawie ideał. Pieniądze nie stanowią kłopotu, więc trening w jednej z najdroższych siłowni to mały pikuś. 

Ale do rzeczy - każdy z nas chce być szczęśliwy. Niezależnie od płci, rasy, wyznania czy statusu społecznego. I co? Szczęście dla każdego to sprawa zupełnie indywidualne. Część małolatów jest zadowolona jeżeli mają wolną chatę i nieograniczony dostęp do barku rodziców (taką interpretację wyczytałam na forum dot. szczęścia)  , inni realizują się jako rodzice, najważniejszym szczęściem dla nich są ich dzieci, dla innych kariera bądź podróże. 

A mi się wydaje, że najważniejsze jest znaleźć swoje miejsce na ziemi i próbować być sobą. Zawsze nam się wydaje, że ktoś jest większym farciarzem, ma więcej niż my, jest szczęśliwszy. Nie zauważamy, że w tym wszystkim jest samotny i często zagubiony. Najlepiej spróbować wyobrazić sobie, że mamy niewiele miesięcy życia i przemyśleć jak chielibyśmy je spędzić. Czy jest coś co zawsze chcieliśmy zrobić ale ze względu na bark pieniędzy, małe dzieci czy pracę nie udało nam się to. Warto spełniać marzenia, nawet jeżeli realizacja trwa bardzo długo.

Kiedy byłam mała zawsze wieczorem przed spaniem marzyłam. Teraz kiedy jestem dorosła jakoś ten czas na marzenia gdzieś się ulotnił. Ale pamiętam niektóre z nich. Najpierw były banalne: typu lalka barbie (w tamtych czasach takie cuda były albo w Pewexie albo w paczce z Niemczech - jak ktoś miał szczęście), potem dotyczyły dziecięcych miłostek, ale od kiedy pamiętam marzyłam o ogrodzie. Dziwne jest w tym wszystkim to, że nie o domu (może dla mnie to było normalne, że będę mieć dom) ale właśnie o dużym,trochę tajemniczym ogrodzie. I teraz chociaż czasami mam serdecznie dość plewienia, kopania, koszenia to właśnie tam najczęściej jestem szczęśliwa. Juz na studiach przeczytałam wspaniały artykuł w "Podróżach" o Turcji. Potem w Taniej Książce kupiłam album o tym kraju. I leżał tak sobie przez kilka lat. Moje marzenie zostało gdzieś zagrzebane. Najpierw - wiadomo studia ( a studenci do bogaczy nie należą), potem ślub, dziecko, budowa. I wszystko zostało odłożone na półkę i pokryło się kurzem, aż minęło około 12 lat i marzenie się spełniło. Wtedy też byłam bardzo szczęśliwa:)

Drobne gesty, uśmiech na codzień, spotkania z pozytywnymi ludźmi, buziak od naszych dzieci - to wszystko składa się na mój PROJEKT SZCZĘŚCIE.

A to przepis znaleziony w sieci.

Spróbujcie, może się uda:):

 

Przepis na szczęście
 
Cztery filiżanki miłości,
Dwie filiżanki lojalności,
Trzy filiżanki przebaczenia,
Filiżanka przyjaźni,
Dwie łyżeczki czułości,
Cztery kwarty wiary,
Beczka śmiechu.

Miłość połączyć z lojalnością i starannie zmieszać z wiarą.
Przyprawić dobrocią, czułością i wyrozumiałością.
Dodać przyjaźń i miłość. Obficie spryskać śmiechem.
Wypiekać w słońcu. 
Serwować codziennie w obfitych porcjach!!!
wtorek, 17 maja 2011

Skończyłam wreszcie trzecią zakładkę dla dzieciaczków Małgosi. Przyznaję szło mi dosyć ciężko. Chyba przejadł mi się trochę haft. Już tak mam, że robię coś jedną metodą praktycznie do oporu,  prawie do obrzydzenia i jak już mam dość przerzucam się na coś innego, np decu lub szycie. Teraz chyba przyszła pora na maszynę do szycia:) Ale najpierw muszę skończyć zakładki. Zostały mi jeszcze dwie. Wybrałam sobie dość ciekawy motyw i kanwę plastikową. I to jest malutki problem. Nigdy jeszcze na plastiku nie wyszywałam więc się uczę i idzie mi to jak krew z nosa (niestety nie jak przy krwotoku:)). Mam nadzieję, że za jakiś czas pokażę efekty, jeżeli oczywiście będzie co pokazać.

Ostatnio na wszystko brakuje mi czasu. Doba ma stanowczo za mało godzin. Dzisiaj, na przykład, dopiero co weszłam do domu, od rana jestem gdzieś na nogach, nawet dobrze w ciągu dnia nie zjadłam. I tak prawie codziennie. Jak nie jestem na mieście to na ogrodzie. Ostatnio nawet zaczęłam żartować, że powinnam była zostać grabarzem bo bardzo lubię grzebać w ziemi:)

A teraz pokażę w koncu zig zaga ( gdyby nie moje dzieci to nawet nie wiedziałabym co to jest zig zag. Jednak prawdą jest, że człowiek uczy się całe życie)

Mam nadzieję, że choć trochę przypomina oryginał.

 

 Pamiętacie może piękną łakę pełną mleczy, którą jakiś czas temu pokazywałam na blogu? Zachwycałam się jaka ładna, jak się wpasowuje w nasz krajobraz. Teraz już nie jestem tak przekonana. A to dlatego, że piękna, żółciótka łaczka zamieniła się w pole dmuchawców. Nie powiem dalej pięknie wygląda ale jak pomyślę, że miliony nasionek zaatakują nasze trawniki- już nie jestem do mleczy tak pokojowo nastawiona. 

A  oto dowód:

I jak? Chcielibyście mieć coś takiego za płotem wypieszczonego ogródka?

 

 

sobota, 14 maja 2011

Dzisiaj będzie wpis na temat, którego jeszcze nigdy na blogu nie poruszłam. Totalny brak weny twórczej w ostatnim czasie spowodował, że nic nowego nie powstało, więc nic nie pokażę. Ale chciałam napisać kilka słów o polskich serialach, które powstały w ostatnim czasie.

A to za sprawą pewnej ksiązki,którą miałam przyjemność ostatnio przeczytać. Chodzi mi o "Chichot losu" Hanki Lemańskiej. Podobała mi się bardzo. Czyta się lekko, szybko, fabuła jest wartka i wciągająca. Dodatkowo nie jest to książka o bzdurach typu: zakochałam się a on mnie nie chce, albo: mam kasę i depresję więc wyjadę sobie do Toskani i zmienię całkowicie moje życie. Oczywiście takie książki też czytam i lubię ale dobrze od czasu do czasu przeczytać coś, może nie tyle bardziej ambitnego, co z sensem i obsadzone w naszych realiach. 

Nie mam zamiaru opisywać historii zawartej w książce. Grunt, że polecam z czystym sumieniem. A wracając do tematu, przeczytaszy przypomniałam sobie, że jakiś czas temu widziałam reklamę serialu. Błogosławiąc internet poszukałam i zaczełam oglądać online. I szok! Od samego początku zastanawiałam się o co  chodzi. Niby treść taka jak w książce ale pokazana tak beznadziejnie, aktorzy dobrani zupełne bez sensu, totalnie nie pasujący do mojego wyobrażenia. Marta Żmuda Trzebiatowska (fakt nie należy do moich ulubionych aktorek) gra średnio, sztucznie i zupełnie nie pasuje do tej roli. Jedyne słowo, które przychodziło mi na myśl (oprócz beznadzieja) to chaos. Operator kamery albo pijany albo na jakiś prochach. Nie wiem czy to tylko moje odczucia ale nie rozmumiem jak z fajnej książki można zrobić coś takiego. Przyznaję, że gdybym odwróciła kolejność i najpierw zobaczyła serial to w życiu nie kupiłabym książki. I tak chcący niechcący zamiast reklamy pani Hania Lemańska ma antyreklamę.

I tak zaczęłam się zastanawiać nad innymi książkami.

Czytam bardzo dużo, czasami szybko zapominam treść ale bardzo często zdarza się, że sam tytuł zapamiętuje na zasadzie : to była fajna książka, warto przeczytać. 

Wszyscy chyba znamy książki Katarzyny Grocholi. Chyba jedne z pierwszych lekkich powiećci o życiu, codzienności, zwykłych problemach i radościach.

I film: "Nigdy w życiu" z Danutą Stenką, Arturem Żmijewskim , Joanną Brodzik. I tu muszę przyznać - film był świetny, a Danuta Stenka jako Judyta - rewelacyjna! I gdyby na filmie poprzestano było by wszystko ok. Ale nie - komuś zachciało się serialu. Już druga część - Ja wam pokażę, z Grażyną Wolszczak , nie była taka dobra, natomiast serial - katastrofa. I mimo całej mojej sympatii do Edyty Jungowskiej, nie pasowała mi do tej roli. Wiem nikt nie jest w stanie zastąpić Stenki i zagrać tak dobrze jak ona więc po co kombinować? 

Zauważyliście, że seriale ciągną się w nieskończoność i coś co można pokazać w dwie godziny w filmie, rozciągnięte jest na kilka odcinków?

Następna porażka to serial "Dom nad rozlewiskiem"

Książka - super, wciągająca, bardzo ciepła i sympatyczna. Czytało się szybko, z zainteresowaniem śledziłam losy Małgosi i chociaż fabuła była do przewidzenia i niejako standardowa to czytało się bardzo przyjemnie. Myślę, że Małgorzata Kalicińska nie spodziewała się takiego "zepsucia" książki. A może znowu ja miałam inne wyobrażenie? Lubię Małgorzatę Braunek ale zupełnie nie pasowała mi do roli Barbary. A Joanna Brodzik jako Gosia była bezpłciowa i rozmyta. Więcej czasu chyba poświęcono na zareklamowanie oleju czy innego czegoś w serialu niż dobranie aktorów i stworzenie atmosfery ogniska domowego. I chyba tego brakowało mi najbardziej - Ciepła, które cały czas było odczuwane podczas czytania książki. A serial był po prostu nudny.

Dawno, dawno temu w ręce, zupełnie przez przypadek, wpadły mi książki: "Talki z resztą" i "Talki w wielkim mieście" Moniki Piątkowskiej i Leszka Talko

 

I wpadłam. Zabawne perypetie małżeństwa Talko i ich znajomych, przedstawione w sposób niezwykle błyskotliwy i zbawny. Oczywiście moja sympatia dla książek Leszka Talko nie zgasła i przeczytałam chyba wszystkie, włącznie z obsługą dzieci: "Dziecko dla odważnych", Dziecko dle średniozaawansowanych" czy "Dziecko dla profesjonalistów".  Kiedyś felietony Talko ukazywały się w Gazecie Wyborczej. I to były fajne czasy. Potem zostały zebrane w jedno w formie książki. I jak to często bywa po przeczytaniu i zachwycie, postanowiłam zerknąć na serial. Oglądnęłam jeden odcinek i miałam dosyć.  Może dzisiaj by mi się podobał, nie wiem, wszystko się zmienia, gusta też, ale wtedy to było przykre rozczarowanie.  Będę musiała odszukać gdzieś w necie serial i sprawdzić czy dalej moje odczucia są tak negatywne.

Znalazłam też w sieci ich  bloga http://talki.blox.pl, na który serdecznie wszystkich zapraszam. To taki mały zarys książki.

Dużo można wymieniać książek, które zostały przerobione na serial i które na tym straciły. Bo jeżeli kolejność jest taka jak u mnie czyli najpierw książka a potem serial to kończy się tylko rozczarowaniem podczas oglądanie TV, natomiast jeżeli ktoś najpierw oglądnął serial to niestety nie zachęca on do kupienia książki. Ale wiem, że wielu osobom "Dom nad rozlewiskiem" bardzo się podobał i właśnie to skłoniło ich do kupienia i przeczytania książki. Wiadomo ile gustów tyle opini. 

Czasami zdarza się, że jest emitowany jakiś serial i wiem, że kiedyś czytałam książkę ale jest on pod innym tytułem i nie bardzo mogę dopasować go do książki. Tak było z "Blondynką", czy z rewelacyjnym, moim zdaniem serialem: "Przepis na życie". Jestem przekonana, że gdzieś to już czytałam. Tylko nie bardzo wiem kiedy i jaki tytuł książka nosiła. A może był to zlepek kilku?

A i jeszcze jedna myśl,która mi się nasuneła podczas analizy polskich seriali. Niestety większość niewypałów była robiona i emitowana przez TVP 1. Te z TVN są zazwyczaj lepsze. Nie wiem z czego to wynika ale wkurza mnie, że pieniądze z naszego abonamentu są w tak głupi sposób marnowane. Bo wszystkie te książki były rewelacyjne i można było zrobić coś naprawdę dobrego, a tak powychodziły nudy i totalne rozczarowanie. Przynajmniej moje.

Ciekawa jestem Waszej opinii, jakie są Wasze odczucia co do tych książek i tego co z nich porobiono.

Książki - polecem!!!

18:44, semprelaprimavera , inne
Link Komentarze (8) »
środa, 27 kwietnia 2011

Jak wiecie jakiś czas temu zobligowałam się do zrobienia kilku zakładek dla przedszkolaków. A to na prośbę naszej koleżanki blogowej Małgosi http://haftymalgosi.blox.pl, która wpadła, na moim zdaniem, bardzo sympatyczny pomysł obdarowania swoich maluszków zakładkami do książek. Przedszkolak to nie byle kto i wymagania ma nie byle jakie (wiem coś o tym, bo mam takiego w domu:)) Zakładki miały być dla dzieciaczków (wchodziły w grę tylko wzory bajkowe), kolorowe i przynajmniej częściowo wyhaftowane. I najlepiej gdyby od razu nie rozpadły się w malutkich rączkach (że potem się rozpadną to jestem przekonana chyba, że zakładki "zgrzytną" rodzice:). Ale o to w tym wszystkim chodzi żeby maluszki miały frajdę.

W każdym razie te robione przeze mnie (i myślę, że przez pozostałe dziewczyny, które wykazały chęć) są robione z myślą o tych urwiskach i z nadzieją, że się spodobają i sprawią im troszkę radości.

Przez święta powstały dwie:

I trochę zbliżeń:

 

Teraz myślę nad następnymi. Wzorów mam dużo, tylko trafić w gust tak wymagającego klienta:)

wtorek, 22 lutego 2011

Wiem, zaczynam być nudna. Ciągle to samo. Jednak tym razem zakładka była przerywnikiem podczas haftowania serca. Nie potrafię poświęcić czasu tylko na jedną robótkę, po prosu zaczynam się nudzić. I dlatego potrzebuję odmiany. Czasami jest to decoupage, czasami szycie a często wystarczy zmienić wzorek, na łatwiejszy i szybszy. Bo jestem trochę niecierpliwa i lubię szybko widzieć efekty.

Co do serca, na dzień dzisiejszy wygląda tak:

Kolory na zdjęciu są trochę przekłamane. W rzeczywistości kanwa jest biała, a haft "żywszy".

Zielone serce u góry będę musiała spruć. Coś mi się pomyliło we wzorze i nie jest na środku. Na szczęście znalazłam już błąd.

A to moje nowe "dziełko":

 

Korzystając z okazji, że jesteśmy przy książkach chciałam Wam polecić dwie, które ostatnio czytałam. Uroczysko to pierwsza część opisująca losy Majki, nauczycielki, która po rozwodzie przeprowadza się na wieś, otwiera pensjonat i zaczyna nowe życie. Brzmi znajomo? Tak - niby standard, wykorzystywany ostatnio bardzo często (patrz np. Dom nad rozlewiskiem, Niezapominajka i inne). Kobieta po przejściach układa sobie życie od nowa, wszystko oczywiście cacy i bezproblemowo. Jednak ja lubię ten schemat, lubię książki z klimatem , pozytywne, które pozwalają wierzyć w dobro i szczęście. Sezon na cuda to dalsze perypetie sympatycznej polonistki.

Uroczysko i Sezon na cuda czyta się szybko, przyjemnie, wesoło. W sam raz na zimowy wieczór:)

niedziela, 06 lutego 2011

W końcu skończyłam zakładkę dla siebie. Wzór całkiem inny niż przy poprzednich. Bardziej stonowany i poważny. Oj namęczyłam się. Niby takie nic,  a jednak trzeba było uważać żeby się nie pomylić.

Tym razem skorzystałam z gotowej, wąskiej kanwy tak, że wykończenie było łatwiejsze.


poniedziałek, 17 stycznia 2011

Kiedy zrobiłam zakładkę dla siostry stwierdziłam, że mi też coś się należy i wyhaftowałam nową, z podobnym wzorem. Tym razem za podkład posłużył filc. Niestety troszeczkę za cienki i zakładka nie jest sztywna. Ale nie szkodzi. Dobrze leży w książce.

Koniec końców ta też wylądowała u siostry i muszę dla siebie wykombinować coś innego. Już nawet zaczęłam, ale mnie wena opuściła. I czekam na natchnienie:)

Właśnie stwierdziłam, że bardzo lubię zakładki, książki też:)

sobota, 15 stycznia 2011

Ostatnio nie miałam głowy do pisania. Spotkała mnie przykra sytuacja, która zachwiała moją wiarą w ludzi i uczciwość. W jej wyniku straciłam między innymi (niestety chyba bezpowrotnie) mój ulubiony aparat fotograficzny. Ale też nauczyłam się, że nie należy się zbytnio przywiązywać do rzeczy :). Na szczęście uchowały się zdjęcia. Tak więc póki co będę prezentować moje stare prace. Mam nadzieję, że mi ich starczy:)

Jakiś czas temu spodobało mi się haftowanie (oczywiście takie igłą i nitką) a w szczególności krzyżykowe. Najpierw szukałam ciekawych wzorów, nie za trudnych jak na początek, a potem próbowałam,próbowałam i oto co mi wyszło:

Zakładka trafiła w ręce mojej siostry i na razie dobrze jej służy:) A ja się cieszę, że moja praca nie poszła na marne a sprawiła jej troszkę radości.

nazwa alternatywna
nazwa alternatywna