|
wtorek, 15 maja 2012
Oj zaszalałam tym razem. Wczoraj odwiedziliśmy z Panem Mężem kilka szkółek, dzisiaj doprawiłam odwiedzinami w centrach ogrodniczych i mam co robić na najbliższe dni. Tylko żeby pogoda dopisała. A to co kupiłam: Oj dawno nie miałam tylu roślin na raz. Aż się oczka świecą. Jest tu szałwia - do ogródka ziołowego razem z żurawkami, trzmieliną, tawułką japońską ( jedna z moich ulubionych roślin) i jakimiś maluszkami na skalniak. Niestety w naszych okolicach jest straszna bieda jeżeli chodzi o szkółki roślin (nad czym bardzo ubolewam). Jest mały wybór, dosyć drogo i to co mnie najbardziej wkurza - w większości rośliny nie są opisane (chodzi mi o odmianę). Ja jako tako orientuję się, przynajmniej w podstawowych nazwach roślin ale wielu z kupujących po prostu nie ma o tym pojęcia. A fajnie byłoby wiedzieć co się sadzi w ogrodzie. A ja, że jestem "upierdliwa" chciałabym znać też odmiany. Potem siedzę i szukam na internecie... Znalazłam też śliczną odmianę trzmieliny japońskiej. Wydaje mi się, że "Pierrolinio". Ma ciekawe pstrokate liście, podobne do wierzby: I tawułkę japońską o poszarpanych liściach. Podobno przebarwia się tak samo jak inne tawułki i można ją ciąć jak chwast. Mam nadzieją. Zobaczymy jesienią. I oczywiście - Lavenda. Moja niestety w większości nie przetrzymała zimy. Takie ładne krzaczki udało mi się kupić po 4 zł. A wszystko po to żeby obsadzić taką malutką skarpę: Skarpa ma bagatela: 26 m szerokości, 10 m długości i 4 m wysokości. I na razie bieda z roślinkami. Pozdrawiam serdecznie z ogródka:)
poniedziałek, 14 maja 2012
Ponieważ ostatnio strasznie Was zaniedbuję,za co serdecznie przepraszam i nie mam czasu zarówno na wpisy jak i zaglądanie do Was chcę się "wkupić w łaski" dzięki temu (mam nadzieję) ślicznemu bukietowi: A więc to bukiet ode mnie dla Wszystkich Zaglądających na mojego bloga. Zarówno tych, których już dobrze poznałam i polubiłam jak i tych, których mam nadzieję poznam. Dla tych co są u mnie często oraz tych, którzy zaglądnęli przez przypadek:) A z jakiej okazji? A tak bez okazji:) Po prostu. Żeby było milej, sympatycznie i oczywiście wiosennie. Zaznaczam, że bez zrywałam własnymi ręcami. I tymiż samymi układałam w wazonie. A, że uwielbiam te kwiaty była to dla mnie prawdziwa przyjemność. W najbliższym czasie przedstawię Wam kawałek mojego ogródka, który tak bardzo ostatnio pochłania mi czas. Tak bardzo, że nie mam czasu na nic innego:) Pozdrawiam Was bardzo, bardzo wiosennie:)
wtorek, 24 kwietnia 2012
Ostatnio coś cały czas chodzą mi po głowie anioły. Małe, duże, amorkowate. Zawsze lubiłam się otaczać anielskimi figurkami. Są magiczne, zwłaszcza w czasie Bożego Narodzenia. Od zawsze mam wrażenie, że mój Anioł Stróż jest przy mnie. I jest mi z tym dobrze. Przeczytałam wiele artykułów na ten temat, kilka książek,szukałam informacji na forach. Często były to totalne bzdury ale zdarzały się historie niesamowite. Jakiś czas temu do naszych księgarń weszła książka "Anioł na moim ramieniu". I od razu chciałam ją kupić. Oczywiście od razu mi się to nie udało. Ale zrobiłam sobie prezent na urodziny - i mam. Przeczytałam. I polecam.
Jest to zbiór opowieści ludzi, którzy przeżyli coś niewytłumaczalnego, w momencie, kiedy najbardziej potrzebowali pomocy. Czasami był to miły gest nieznajomego, czasami realna pomoc kiedy indziej "wizyta" osoby bliskiej, już nie żyjącej (często we śnie). Większość ludzi podejdzie do tego z dużą dozą nieufności, niedowierzania, co jest oczywiście normalne. Sama jestem osobą raczej twardo stąpającą po ziemi. Ale podzielę się z Wami kilkoma sytuacjami, które mi się rzeczywiście przydarzyły i jestem pewna, że maczał w tym palce mój Anioł Stróż. Zresztą bardzo Go lubię:) Ostatni rok był dla mnie paskudny. W sumie paskudny to mało powiedziane. Tyle złych sytuacji co się wydarzyło powinno starczyć mi do końca dni moich. Jak to mówią: "jak nie urok to sr....". I tak się czułam. Miałam wrażenie, że ktoś dobrze bawi się moim życiem, co chwilę mi dokopując. Czasami było to aż absurdalne. Na przykład myślałam sobie: " jakbym teraz nie miała samochodu, to chybabym się załamała. Bez auta ani rusz" I co? chwilę później miałam wypadek. Samochód praktycznie do kasacji. Naprawa (bo jednak było go szkoda) trwała ponad miesiąc. I tak w kółko... Ale wracając do rzeczy. W tym wszystkim było coś niesamowitego. W sumie mogło wszystko skończyć się zupełnie innaczej. Na przykład mogłam coś sobie uszkodzić podczas wypadku, a ja nie miałam nawet draśnięcia. No i jechałam sama a nie z dziećmi. A zaczęło się od tego, że z mężem wpadliśmy na "genialny" pomysł, że na jakiś czas zmienimy swoje życie. Pan Mąż miał zacząć pracę w innym mieście i przyjeżdżać na weekendy. Oczywiście skończyło się to prawie rozwodem ale jakoś doszliśmy do porozumienia. Na szczęście Pan Mąż oprzytomniał i uświadomił sobie, że nie warto poświęcać rodziny dla czegokolwiek. Ale co przeżyłam w czasie tego roku - to moje. Nagle zostałam zupełnie sama ze wszystkim: dziećmi, domem, ogrodem, pracą. No i w styczniu - zaraz po wyjeździe męża mieliśmy włamanie. I tu się zaczyna prawdziwa historia. Siedziałam sobie w pracy (a pracuję dosłownie kilka kroków od domu) kiedy przyszli mili panowie policjanci (na wsi wszyscy się znają) z informacją, że prawdopodobnie ktoś się włamał. Pojechałam i co się okazało? Było włamanie, syf taki, że tylko siąść i płakać. Ale w tym wszystkim znowu było coś niesamowitego. Dlaczego policja przyszła do mnie? Ską wiedzieli? Ano, taki pan, którego nigdy wcześniej nie widziałam ( i nigdy później już też nie zobaczyłam) chodził ponoć i sprawdzał przyłącza gazu. Dzwonił do nas ale nikt mu nie chciał otworzyć (normalne - nie było nas). Ale coś go tchnęło, bo zauważył otwartą furtkę na ogród. Na początku to zlekceważył, przeszedł kilka kroków ale coś mu nie dawało spokoju. Zawrócił, bo pomyślał, że może pracujemy na ogrodzie. I kiedy podszedł zobaczył otwarte okno z tyłu domu. Stwierdził, że zadzwoni po policję, najwyżej będę miała do niego pretensje. Jakie pretensje??? Niestety złodzieje w między czasie uciekli i zdążyli zabrać wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Ale ja i tak się cieszyłam w tym całym nieszczęściu. Bo udało mi się ochronić dzieci przed widokiem splądrowanego domu. Moja mama zaraz ich zabrała do siebie a ja po wszystkich formalnościach policyjnych (pies, odciski palców, protokoły - tylko 6 godzin) mogłam ogarnąć jako tako dom. Tak więc moje dzieci miały spokojną noc a o włamaniu dowiedziały się dopiero w szkole od kolegów. Jaki byłby szok dla nich i dla mnie zresztą też, gdybyśmy normalnie wrócili do domu. Nie wiadomo by było zostać? uciekać? A tak dzięki Panu od gazu, ja byłam już psychicznie przygotowana na to co mogę zastać, wchodziłam do domu w asyście policji więc czułam się bezpieczniej, no i moim dzieciom został oszczędzony widok totalnego syfu. I wierzę, że to był mój Anioł Stróż (albo osoba przez niego przysłana). Jest jeszcze wiele przykładów z mojego życia. Mój starszy syn jak miał około 3 miesiące to czasami wyciągał rączki w stronę "pustego" miejsca i śmiał się jakby co najmniej widział aniołki. Tak samo reagował na święte obrazki i krzyżyki. Potem mu przeszło. Ale do teraz jest bardzo wrażliwym dzieckiem. A po przeczytaniu książki, kiedy autorka z przekonaniem twierdziła, że wystarczy poprosić anioła żeby dał jakiś znak, że jest i wtedy ten znak zobaczymy np w kształcie chmury przypominającej anioły, w białym piórku spadającym z nieba czy w miłym geście, cały dzień patrzyłam w niebo i wypatrywałam anielskich znaków:) Oczywiście nie widziałam żadnego anioła ani nic co by go przypominało, żadne piórko też mi nie zleciało pod nogi i zaczęłam już myśleć, że jednak jestem naiwna. Wtedy moje dzieci przybiegł do mnie z reklamówką w ręku i mówią: mama dostaliśmy rzodkiewki od pana. Pytam się jakiego pana? Okazało się, że sąsiad, którego znamy już 6 lat i nigdy to się wcześniej nie zdarzyło przyniósł moim dzieciakom reklamówkę rzodkiewek, bo tak ładnie pomagali mi zamiatać ulicę. chciałam znaku- dostałam go:) Wierzcie albo nie, ale łatwiej iść przez życie z myślą, że ktoś tam się nami opiekuje:) Pozdrawiam Was serdecznie.
sobota, 07 kwietnia 2012
No i kolejne święta. Jak ten czas leci. Niedawno było Boże Narodzenie a już Wielkanoc. Chyba się starzeję skoro tak głupio gadam:) Na szczęście prawie z wszystkim zdążyłam. Co prawda okna nie pomyte, ale nie bądźmy drobiazgowi. Grunt, że są jaja:) Zawsze podobały mi się pisanki skrobane. Oj podziwiałam, podziwiałam i oczywiście zazdrościłam. Kiedyś u nas w domu też się takie robiło. Ale jak przypomniałam sobie żyletki i odciski na palcach to jakoś mi chęci przechodziły. Ale od czego jest internet? Przecież musi być jakiś myk. Nie wierzyłam, że wszystkie te osoby, które pokazywały piękne kraszanki - skrobały je: żyletką, nożykiem, ewentualnie skalpelem. I eureka!!! Znalazłam niezawodny sposób!!! I tutaj następuje reklama urządzenia do manicure. Tak moi drodzy, to jest najlepsze urządzenie do skrobania jaj:):):). Niewiele myśląc zakupiłam takie cudo (za 25 zł w Rosmannie) i spróbowałam. Najpierw nieśmiało, z nutką niepewności, a potem już na całego. I oto co powstało: Oczywiście pisanki powędrowały do koszyczka i do święcenia. Jakoś ostatnia się zdarza, że sama sobie kupuję kwiaty.A co, po co nam faceci? Same możemy o siebie zadbać!. A tak na poważnie - to dlatego, że mój mąż totalnie nie zna się na kwiatach. I zawsze dostaję czerwone. I zawsze mu powtarzam, że lubię białe a on z uporem maniaka udaje, że nie rozumie. I postanowiłam się zbuntować. BĘDĘ SAMA KUPOWAĆ SOBIE KWIATY!!!! (Mam nadzieję, że tego nie przeczyta i nie weźmie sobie moich słów do serca. W końcu mogę sprawić mu od czasu do czasu przyjemność i łaskawie przyjąć jakiś bukiecik:)) Tym razem kupowaliśmy razem. A to dlatego, że napatrzyłam się na piękności robione przez Decofleur (http://www.decofleur.com.pl/) i sama zapragnęłam czegoś takiego. Ponieważ nie cierpię sztucznych kwiatów troszeczkę zmodyfikowałam pomysł i powstała taka dekoracja:
Podobają mi się te pastelowe kolory. Musiałam też znaleźć nowe miejsce na pisanki decu. Tak jak pisałam wcześniej w tym roku - bardzo skromnie. Powstały tylko trzy: I jeszcze kilka fotek z domu w klimacie wiosenno-wielkanocnym: Lubię te święta:)
Życzę Wam przede wszystkim spokoju, abyście spędzili ten czas w gronie najbliższych, każdy po swojemu tak jak najbardziej lubicie Wesołego Alleluja!!!
niedziela, 25 marca 2012
W końcu zabrałam się za pisanki. A to, jak już wiecie za sprawą Większego, który ma przynieść jutro pisankę na konkurs. Oczywiście nie zrobiłam nic za niego. Musiał (biedaczek) sam się pomęczyć, ale myślę, że całkiem mu to wyszło. Zresztą ocenicie sami. Chciałam w tym roku zrobić coś tylko dla nas. Coś co zostanie w domu. I coś co będzie stanowiło jedną całość z resztą dekoracji. Oczywiście już z pięć razy zmieniłam zdanie ale kilka pisanek chciałabym zrobić w jednym stylu. Spasowało mi połączenie czarnego z zielenią. I powstało coś takiego:
I takiego:
W decu fajne jest to, że można mieszać style, kolory, faktury. Zawsze korzystam z kilku serwetek i wtedy jest ciekawszy efekt. A moje dziecię zrobiło coś takiego. Zaznaczam, że ma dopiero 9 lat, więc jestem z niego dumna:): Przyznaję - koszyczek mu zrobiłam ale pisanka jest jego. Mówiłam mu co ma robić, czasami coś tam pomogłam ale nikt nie zarzuci nam, że zrobiłam za niego. Mam nadzieję, że w szkole się spodoba. Pozdrawiam Was serdecznie:):):)
poniedziałek, 19 marca 2012
Już od kilku dni męczę się z pisankami. Maluję, maluję, maluję. A wszystko przez to, że się zapierałam, że w tym roku nie dam się wrobić w decu na pisankach. Ewentualnie kilka może zrobię na własny użytek (dotychczas wszystkie szły w świat a ja zostawałam z niczym:)). No i nie kupiłam wydmuszek. W końcu stwierdziłam, że jak nie będzie na czym pracować - to nikt mnie do niczego nie namówi, a co... Jednak mina mojego starszego dziecka i błaganie: zrobisz pisanki na poniedziałek do szkoły? totalnie mnie rozczuliły i chcący niechcący - walczę. A walczę ze starymi wydmuszkami, tymi co to kiedyś nie wyszły i zostały schowane na dno szafy. Nie kupiłam nowych - więc muszę się pomęczyć ze starymi. A to dziadostwo za nic w świecie nie chce pokryć się farbą:(. No i tak działam: rano przed pracą - maluję, po pracy - maluję i jeszcze raz lub dwa wieczorem. Dzisiaj w koncu przestała prześwitywać stara serwetka. Tak więc ujrzałam światełko w tunelu:) A żeby się odstresować, zrobiłam pierwszy wianek wielkanocny. Od razu się przyznaję, że pomysł pochodzi ze strony Marthy Stewart. Sama bym na to pewnie nie wpadła. Ale jak zobaczyłam podobny w necie - przepadłam. Też chciałam taki. A jak się chce to czasami trzeba się brać do roboty i sobie zrobić. I powstała pierwsza wiosenno-wielkanocna dekoracja: Tak moi drodzy - to są najprawdziwsze bazie. Podkład ze słomy (do kupienia gotowy - cena 2 zł). Żeby było wygodniej najpierw "okryłam" go bibułą a następnie po kolei przyklejałam bazie (oczywiście takim fajnym pistoletem na klej). W tym roku chyba postawię na ekologię. Coś mi się podoba ten trend. Chociaż cały czas mam mnóstwo nowych pomysłów i jeszcze z pięć razy zmienię koncepcję:) Dziękuję Wam za wszystkie miłe słowa i za przesympatyczne przywitanie po przewie:):):):):)
sobota, 10 marca 2012
Czasami wchodzę na różne blogi i podziwiam Wasze piękne wnętrza. Mam to szczęście, że mam swój własny "kawałek podłogi", na wsi, z dużym ogrodem nad którym (mimo tego, że to uwielbiam), nie jestem w stanie zapanować. Sama wychowałam się w domu i przyznaję, że nigdy nie myślałam o mieszkaniu w bloku. Chociaż i to przerobiliśmy. Po prostu moim celem był dom. Niezależnie jaki, mały, starszy,duży, nowy - po prostu dom. I jakoś tak się wszystko toczyło, że moje marzenie zostało zrealizowane. To nie jest tak , że nam to z nieba spadło. Było sporo wyrzeczeń, cała kasa szła na budowę, a wcale się nie przelewało. Czasami było mi przykro, kiedy wciąż słuchałam jak to moje koleżanki z pracy "zaliczają" knajpy, kina, łażą na ciuchy. A my konsekwentnie - grosz do grosza, z pomocą rodziców, jakoś dopięliśmy swego. Mieszkamy już jakiś czas ale jeszcze wciąż jest wiele do zrobienia, do poprawienia. Ale spokojnie:) Bardzo podoba mi się styl skandynawski, tak modny ostatnimi czasy, albo typowy vintage ale te style niestety nie pasują do mojego domu i trzech facetów. Tutaj bardziej sprawdzi się styl: sielski-anielski i taki trochę misz-masz, który zresztą bardzo lubię. Dopiero niedawno wzięliśmy się za pokój mniejszego (w tym roku skończy 6 lat). Część mebli do domu "odziedziczyliśmy". Tak też było z mebelkami dla mniejszego. Miały być tylko na chwilę ale zostały aż do teraz. Trzeba było jakoś całość dopasować, oczywiście brać pod uwagę zainteresowania (AUTA !!!) i zdanie mniejszego i wykombinować tak, żeby pokój wyglądał na królestwo młodego mężczyzny:) Kupiliśmy tapetę, farby i do dzieła. Miało być kolorowo, kolory przewodnie: niebieski (ze względu na tapetę w autka), czarny (ze względu na odziedziczone meble: tapczan i biurko) i czerwony (bo jakoś mi pasował do czarnego). A to efekty: Poduszki zamówiliśmy w sklepie meblowym. Nie były tanie ale sama bym takich nie uszyła. Narzutę znalazłam ostatnio w Home & You na wyprzedaży. Właśnie o takiej myślałam, że będzie najbardziej pasować. I proszę: mówisz- masz:) Mały stolik z IKEI - oczywiście przeceniony ale w sam raz dla młodego. Krzesełko z autkami i dywanik - Castorama Wnękę zabudowaliśmy dużo wcześniej. Jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy jakie meble będą w pokoiku i dlatego kolorystycznie trochę się "gryzie". Chociaż najważniejsze jest to, że miejsce jest wykorzystane a mały ma dużo półek na ciuchy. Dużą naklejkę z ZigZakiem znalazłam w centrum chińskim. Nie trawię tego sklepu ale widać czasami i tam można coś znaleźć. Kosztowała 10 zł, tak więc nie namyślałam się długo, zwłaszcza, że wcześniej sprawdziłam ceny tego typu naklejek na allegro i trochę mnie cofnęło. Półeczka, jak już wiele z Was się domyśla - IKEA To ulubione miejsce mniejszego. Wystarczy odsunąć stolik (bardzo lekki), krzesełko i pudła z autkami idą w ruch. Potrafi tak siedzieć na tym dywaniku i bawić się nawet przez kilka godzin. Dziecka nie ma:) Jakiś czas temu moja siostra wygrała bilety na Boba Budowniczego. Taka duża impreza, która miała na celu ucieszyć dzieciaki i oskubać z kasy rodziców. I między innymi można było kupić takie "coś " z cienkiej gąbki umocowane na patyku (taki płaski Balonik:)). Potem to "coś" nie mogło znaleźć miejsca w pokoju mniejszego aż usunęłam patyki, i przykleiłam taśmą dwustronną do ściany. I teraz jest taka nietypowa ozdoba, która dość fajnie wygląda. Ponieważ moje ukochane dzieci mają bardzo dużo zabawek (albo ich pozostałości, których broń boże nie można wyrzucić), mają też dużo pudeł na te szpargały. A ponieważ wszystkie pudełka kolorowe, z nalepkami, a zwłaszcza z autami są bardzo, ale to bardzo drogie, a pudełka przeźroczyste niezbyt ładne, zrobiliśmy mały myk i okleiliśmy pudła resztkami tapety. Nie tylko pudełka zyskały na "urodzie" ale współgrają z wytapetowaną ścianą. Proste i tanie. Na szczęście mniejszemu pokój się podoba i nie zgłaszał na razie reklamacji. Mam nadzieję, że osiągnęłam pożądany efekt: pokój dla chłopaka, jeszcze małego ale już nie malutkiego, uwielbiającego auta i wszystko z tym związane w kolorystyce nie do końca szczęśliwej (jeżeli chodzi o dzieci). Kolorowy, pełen słońca i pozytywnej energii. I to niewielkim kosztem:)
środa, 07 marca 2012
Wróciłam:) Nie powiem, stęskniłam się jak jasna .................:) Mam nadzieję, że teraz jakoś się wszystko w moim życiu poukładało, uspokoiło. Przynajmniej chciałabym tego bardzo. Bardzo Wam dziękuję za słowa otuchy i że mimo wszystko (mimo tego, że Was totalnie zaniedbałam) zaglądaliście do mnie. Co prawda nic nowego (jeżeli chodzi o stronę "artystyczną") nie powstało ale mam nadzieję to nadrobić. W końcu zbliża się Wielkanoc. Trzeba brać się do roboty. A pomysłów - mnóstwo.
Dzisiaj tak troszkę inaczej. Raczej nie angażuję się za bardzo politycznie i społecznie ale dzisiejszy artykuł, na który trafiłam przez przypadek, wyjątkowo mnie zbulwersował, zasmucił i zdziwił (że jestem taka naiwna). Zawsze uważałam, że PEPSI to mniejsze zło w porównaniu do COLi. Raczej wybierałam to pierwsze, a bo to mniej chemii (wiem - bzdura), a bo bardziej dbają o klienta i może trochę z sentymentu. A dzisiaj przeczytałam to: "Komórka HEK 293 - pod tą nazwą kryje się składnik wzmacniaczy smakowych, które mają być wykorzystywane przy produkcji nowego napoju Pepsi. Sęk w tym, że komórki owe pochodzą z nerki abortowanego płodu. Gdy sprawa wyszła na jaw, wybuchł skandal"..... (fragment pochodzi ze strony: nauka.dziennik.pl/artykuly/382144,bojkot-napojow-pepsi-pepsi-next-ze-slodzikiem-z-komorkami-z-nerek-abortowanych-plodow.html). Szczerze przyznaję, że najpierw artykuł znalazłam nie na tej stronie, tylko na ogólnodostępnej platformie internetowej, niezależnej politycznie i religijnie. Potem zaczęłam trochę drążyć temat i okazało się, że sprawa trwa już jakiś czas i zaangażowanych jest w nią bardzo dużo organizacji pro- life. Jak dla mnie - SZOK!!! I od dzisiaj - NIE KUPUJĘ PEPSI.
Następny wpis będzie, mam nadzieję,bardziej optymistyczny. Pozdrawiam Was wiosennie:):):)
piątek, 06 stycznia 2012
I Stało się. Przyszedł czas aby powiedzieć sobie do widzenia. Nie wiem, może jeszcze tu wrócę, ale raczej nieprędko. Wiem- pewnie nikt się tego po mnie nie spodziewał, nie dawałam wcześniej oznak, że coś jest nie tak. Sama myślałam, że jakoś wszystko w moim życiu się poukłada. Ostatni rok był dla mnie niezwykle trudny. Okazało się, że słowa nic nie są warte. powiedzieć można wszystko. Ważne są czyny, gesty. A tego zabrakło. Miałam nadzieję, że z nastaniem Nowego Roku wszystko samo się naprawi. Czasami jesteśmy strasznie naiwni. Muszę teraz zająć się sobą. Zadbać o zdrowie, spróbować poukładać to co się rozsypało. Jestem zmęczona. Nie mam sił na ciągłe pokonywanie trudności. I jestem w tym wszystkim sama. Cieszę się bardzo, że poznałam tutaj tylu cudownych, życzliwych ludzi. Wasze komentarze, e-maile dodawały mi skrzydeł, energii i mimo wszystko pomagały iść do przodu. To były takie chwile radości w szarej rzeczywistości. Dziękuję!!! Mam nadzieję, że mimo wszystko znajdę trochę czasu aby Was czasami odwiedzać. Wasze blogi to nie tylko źródło inspiracji ale również możliwość zapomnienia o problemach i kłopotach. Nie mam teraz serca do robienia czegokolwiek, do pisania. Pozdrawiam Was cieplutko. I mam nadzieję, że w końcu wiosna zawita.
środa, 04 stycznia 2012
Od czasu do czasu dostaję od zaprzyjaźnionego pana Staszka (taki starszy pan koło 70-tki) fajne e-maile. I dzisiaj też takiego dostałam. I postanowiłam się nim podzielić z Wami. A oto kilka rad na Nowy Rok jak żyć długo, zdrowo a przede wszystkim szczęśliwie: 1. Spaceruj 10-30 minut dziennie. Uśmiechaj się w czasie spaceru. 2. Usiądź spokojnie na co najmniej 10 minut każdego dnia. 3. Posłuchaj dobrej muzyki każdego dnia. Jest to autentyczny posiłek dla Twojego ducha. 4. Kiedy rano wstajesz powiedz sobie coś w sposób następujący: Moim celem na dzisiaj jest.............. 5. Żyj z energią, entuzjazmem i empatią 6. Baw się lepiej niż w ubiegłym roku. 7. Czytaj więcej książek niż w ubiegłym roku. 8. Popatrz w niebo przynajmniej raz dziennie, zauważ majestat świata, który Cię otacza. 9. Śnij jeszcze kiedy się obudzisz. 10. Zjadaj więcej żywności, która rośnie na drzewach i innych roślinach, mniej produktów wytworzonych lub przetworzonych w zakładach przemysłowych. 11. Jedz jagody i orzechy, pij zieloną herbatę, dużo wody i kieliszek wina dziennie (wznieś toast za coś pięknego co Cię otacza w Twoim życiu i jeżeli to możliwe zrób to w towarzystwie kogoś kogo kochasz). 12. Staraj się uśmiechać przynajmniej do 3 osób dziennie. 13. Zrób porządek w Twoim domu, na Twoim biurku, w Twoim samochodzie i pozwól żeby nowa energia wpłynęła do Twojego życia. 14. Nie trać Twojego drogocennego czasu na plotki, rzeczy z przeszłości, negatywne myśli i sprawy poza Twoją kontrolą. Lepiej skieruj Twoją energię w kierunku pozytywneg teraźniejszości. 15. Wyobraź sobie, że życie jest szkołą a Ty jesteś tutaj żeby się czegoś nauczyć. Występujące problemy są lekcjami szkolnymi które przechodzą i przemijają a to czego się nauczysz pozostanie do końca życia. 16. Zjadaj śniadanie jak król, obiad jak książę a kolację jak żebrak. 17. Uśmiechaj się i śmiej więcej. 18. Nie pomijaj okazji aby uściskać kogoś kogo cenisz. 19. Życie jest za krótkie aby tracić czas na nienawiść do kogokolwiek. 20. Nie musisz wygrywać w każdej dyskusji. Przyznaj, że się nie zgadzasz i ucz się od innych. 21. Pogódź się z Twoją przeszłością, w ten sposób nie zniszczysz teraźniejszości. 22. Nie porównuj Twojego życia z innych. Nie wyobrażasz sobie jaką drogę oni przeszli w swoim życiu. 23. Nikt nie zabiega o Twoje szczęście z wyjątkiem Ciebie. 24. Pamiętaj, że Ty nie kontrolujesz wszystkiego co wokół Ciebie się zdarzy, ale tylko to co z tym dalej uczynisz. 25. Każdego dnia naucz się czegoś nowego. 26. Nie staraj się dowiadywać co inni o Tobie myślą. 27. Doceniaj swoje ciało i korzystaj z niego. 28. Nie jest ważne, że sytuacja jest bardzo zła lub dobra. Ona się zmieni. 29. Twoja praca nie zajmie się Tobą gdy zachorujesz. Zajmą się Tobą twoi przyjaciele, pozostań z nimi w kontakcie. 30. Odrzuć wszystkie rzeczy, które nie są użyteczne, piękne lub zabawne. 31. Zazdrość jest stratą czasu. Ty masz już wszystko czego potrzebujesz. 32. Najlepsza jest jednak przyszłość. 33. Nie jest ważne jak się czujesz, wstań, ubierz się i bądź aktywny. 34. Uprawiaj seks pełnią swojej osobowości. 35. Dzwoń często do Twoich krewnych , wysyłaj do nich listy i mów im: Hej, myślę o tobie 36. Pamiętaj, że posiadasz szczególne błogosławieństwo dlatego nie popadaj w stresy. 37. Korzystaj z podróży. Jeżeli masz okazję wyciągnij z niej jak największą korzyść. 38. Życie jest piękne, ciesz się nim póki możesz. 39. Każdego wieczoru przed pójściem spać powiedz sobie: dziś dziękuję za......, dziś uzyskałem.............. 40. Nie traktuj siebie zbyt serio, nikt tak Cię nie traktuje.
Oj rozpisałam się. Ale tak sobie myślę, że strasznie mądry był człek co to wszystko wymyślił:) Mi najbardziej podobają się punkty 5, oczywiście 7 (a jakże by inaczej), 8,14,15, a zresztą - wszystkie mi się podobają:) Życzę Wam wielu cudownych dni, miesięcy, lat:):):) |
Archiwum
Zakładki:
Blogi, które czytam
Kontakt
Tagi
|